Pokaż mi swój bałagan, a powiem Ci kim chcesz być!

modern-house-1686766_1920

Co prawda powinnam opisywać Ci konkretne instrukcje sprzątania i poganiać do roboty, ale pod natchnieniem idei postanowień noworocznych od dłuższego czasu ciągle wraca mi ta sama myśl, więc nie mam innego wyjścia, jak tylko podzielić się z Tobą męczącym mnie przemyśleniem.

O tym, co myślę o postanowieniach noworocznych pisałam ostatnio na facebooku, więc nie będę się powtarzać. Generalna idea tego zjawiska jest taka, że jesteś jakaś konkretna – ze swoimi wszystkimi wadami i zaletami, a w głębi duszy chcesz być inna niż jesteś – chcesz coś w sobie zmienić. Pod pretekstem magicznej zmiany cyferki w dacie wydaje Ci się, że w końcu osiągniesz swój cel – przestaniesz być taka, jaka jesteś.

Jaki to ma związek ze sprzątaniem? Wbrew pozorom nie chodzi mi o postanowienia w stylu „od nowego roku będę sprzątać / prać / prasować”. Chodzi tu o coś innego – O Twoje usilne dążenie do bycia kimś, kim nie jesteś. Wiesz do jakiego wniosku ostatnio doszłam?

Bałagan to zmaterializowana forma niespełnionych marzeń i ambicji!

Większość bałaganu i niepotrzebnych klamotów w Twoim domu stanowią przedmioty, których opis zaczęłabyś od słów:

  • trzymam to, bo chciałabym…
  • trzymam to, bo kiedyś będę…
  • trzymam to, bo mam w planach…
  • trzymam to, bo w końcu muszę zacząć…
  • trzymam to, bo bez tego już na pewno nie zabiorę się za…

i dalej pojawia się milion różnych czynności w najróżniejszych odmianach gramatycznych jak np. „szycie”, „bardziej dbać o siebie”, „ćwiczenia”, „malować”, „zrobić remont”, „się w to mieścić”, „odchudzanie”, „urządzać wykwintne przyjęcia”, „kontynuowanie nauki” i tak dalej, i tak dalej w nieskończoność. Połącz sobie któryś z wymienionych początków z dowolną czynnością, a na pewno znajdziesz coś dla siebie ;)

Jak byś się czuła, jakby Twój mąż, przyjaciółka, dziecko, rodzic, przypadkowy przechodzień za każdym razem kiedy Cię zobaczy mówił Ci „jesteś gruba”, „jesteś leniwa”, „nic nie umiesz doprowadzić do końca”, „powinnaś zabrać się za siebie”, „powinnaś się inaczej malować”, „powinnaś zacząć ćwiczyć”, „źle zarządzasz czasem”?

Twoje mieszkanie traktuje Cię tak bez przerwy!

Masz jakieś swoje wady, czy słabsze strony. I dobrze! Każdy je ma. Chcesz coś z nimi zrobić? Zacznij dzisiaj. Jeżeli możesz to odłożyć do jutra to znaczy, że nie boli Cię to tak bardzo. A jeżeli w głębi serca nie boli Cię to tak bardzo, to może jednak warto pogodzić się z rzeczywistością, odpuścić i pozbyć złudzeń…

Jeżeli od pół roku nie możesz się zebrać, żeby zacząć ćwiczyć, to pozbądź się wreszcie tych ciężarków, roweru stacjonarnego, czy specjalnych ciuchów na siłownię. Skoro przez tyle czasu nie zmieniłaś się magicznie w aktywną i regularnie ćwiczącą kobietę, to dlaczego uważasz, że kiedyś się w nią zmienisz? Twoją frustrację tylko potęguje widok tych leżących na półce ciężarków. Widzisz je co najmniej dwa razy dziennie i myślisz tylko o tym jaka z Ciebie leniwa klucha. Samobiczujesz się, że MUSISZ coś ze sobą zrobić. Że od przyszłego tygodnia to już na pewno. A tydzień później siedzisz z wyrzutami sumienia, bo znowu nie miałaś siły, żeby wstać z kanapy.

Otacza Cię cała masa takich zmaterializowanych niespełnionych ambicji. Mogą to być eleganckie szpilki w których chciałabyś częściej chodzić, bo byłabyś bardziej szykowna. Tylko jakoś nie wiedzieć czemu – strasznie nie lubisz chodzić w szpilkach. Może to być komplet porcelanowej zastawy stołowej, którą trzymasz z myślą o tym, że będziesz organizować wystawne przyjęcia dla znajomych. Niestety zazwyczaj jednak, kiedy znajomi już przychodzą – zjadacie pizzę bezpośrednio z pudełka „na wynos” i pijecie piwo z puszek lub butelek. Może zbierasz ścinki i skrawki materiałów czy włóczki, bo w wolnym czasie będziesz się zajmować robótkami ręcznymi. Jednak od trzech lat nie miałaś wolnego czasu, który chciałabyś spędzić inaczej niż nadrabiając zaległości serialowe. Może trzymasz ogromne ilości koronkowej bielizny żebyś w końcu poczuła się atrakcyjniej na co dzień, ale te bawełniane majtki są taaakie wygodne. A może chciałabyś poszerzyć swoją wiedzę ogólną i znajomość literatury światowej, ale polska fantastyka wciąga Cię zdecydowanie bardziej niż Marcel Proust czy Anton Czechow. Mogę tak wymieniać bez końca. Twoimi zmaterializowanymi niespełnionymi marzeniami mogą być nieużywane kosmetyki do makijażu, czy do ciała. Buty, ciuchy, dodatki, których nigdy nie nosisz. Szafka w kuchni pełna bezsmakowych, zdrowych ziarenek albo wręcz przeciwnie – pełna foremek i dekoracji do ciast. Może to być robot kuchenny, którego nie masz czasu użyć i pierścionek, który pasuje tylko do jednej – wieczorowej kreacji. Tylko, że Ty nie masz gdzie chodzić w wieczorowych kreacjach. Książki, których nigdy nie przeczytasz, ambitne filmy, których nigdy nie obejrzysz, muzyka klasyczna, której nie słuchasz albo narzędzia i farby do remontu mieszkania, za który nie możesz się zabrać. Naprawdę mogę tak bez końca, bo niespełnionym marzeniem może być COKOLWIEK. A zapewne jest nim 80% Twoich rzeczy.

Wszystkie rzeczy, które trzymasz, a których nie używasz reprezentują niespełnione marzenia.

Jesteś pewna, że chcesz się otaczać porażkami?

Chcesz, żeby Twój dom przypominał Ci co chwilę o Twoich wadach, słabych stronach, o tym, co powinnaś a czego nie robisz? Naprawdę chcesz co chwila natykać się na poczucie porażki i wyrzuty sumienia? Na pomniki niezrealizowanych celów? Musisz z taką miłością i oddaniem hołubić to wielkie cmentarzysko marzeń i ambicji?

Nie możesz najzwyczajniej w świecie polubić się takiej jaka jesteś?

Chciałabyś żyć pod jednym dachem z kimś, kto Ci ciągle wytyka błędy i porażki? Kto ciągle mówi Ci co powinnaś robić i jaka powinnaś być? Kto Cię okłamuje, karmi złudzeniami, krytykuje każdą porażkę? Kto każe Ci się zmieniać, nie chce Cię zaakceptować, nie lubi Cię i uważa, że jesteś nic nie warta? Kto chce zrobić z Ciebie kogoś, kim nie jesteś? Kto stawia przed Tobą nierealne cele i każe Ci robić rzeczy, na które nie masz ochoty? Kto Cię najzwyczajniej w świecie nie kocha i nie akceptuje?

Wyszłabyś za mąż za takiego faceta? Zdecydowałabyś się spędzić z nim resztę życia?

A jak Ci powiem, że spędzasz z kimś takim całe swoje, życie? Że ktoś taki nie opuszcza Cię nawet na sekundę i nie odstępuje na krok? Że mieszka z Tobą nie tylko pod jednym dachem, ale wręcz w jednym ciele?

Nie dopuściłabyś, żeby ktoś inny Cię tak traktował. To dlaczego sama siebie tak traktujesz? Dlaczego pozwalasz, żeby w Twojej głowie mieszkał ktoś, kto Cię źle traktuje?

Żebyś była naprawdę szczęśliwa wcale nie potrzebujesz być idealna. Nie potrzebujesz się zmieniać, odchudzać, dokształcać, czy sprzątać mieszkanie. Nie potrzebujesz mieć fascynującego hobby.

Wystarczy, że pokochasz siebie.

Wyobraź sobie jak powinien traktować Cię Twój wyśniony, wymarzony, idealny Książe z Bajki, który przyjeżdża na białym koniu i porywa Cię to pięknej krainy pełnej jednorożców rzygających tęczą. Jak bardzo powinien Cię kochać, akceptować i szanować. Jak powinien dostrzegać urok w Twoich wadach i piękno w Twoich niedoskonałościach. Jak powinien Cię nosić na rękach.

A jak już to zrobisz – zacznij sama się tak traktować.

Jeżeli Ty siebie nie lubisz, to niezależnie od tego jak bardzo się będziesz starać, zmieniać i poprawiać – nikt Cię nie polubi. Nikt Cię nie pokocha, jeżeli Ty siebie nie pokochasz i nikt Cię nie zaakceptuje, jeżeli sama siebie nie będziesz akceptować.

Dopiero kiedy poważnie i szczerze ze sobą porozmawiasz. Kiedy będziesz umiała się zaakceptować i pokochać się taką jaką jesteś. Kiedy przestaniesz dążyć do nierealnych i niepotrzebnych zmian – będziesz w stanie pozbyć się z domu niespełnionych marzeń.

Dopiero wtedy będziesz umiała spojrzeć prawdzie w oczy, realnie ocenić, które cele będziesz realizować, a które nie. I na tej podstawie będziesz mogła bez stresu i wyrzutów sumienia pozbyć się przedmiotów, których kiedyś chciałabyś lub powinnaś użyć.

P.S. Zawsze zdjęcia do wpisów robię sama i zazwyczaj nie są idealne i perfekcyjne. Jednak do dzisiejszego wpisu wyjątkowo użyłam zdjęcia z darmowej bazy internetowej. Idealnego i perfekcyjnego. Obrazującego idealną i perfekcyjną – sztuczną i wypracowaną przestrzeń, w której nie chciałabym mieszkać. Wolę swoje, nieidealne i nieperfekcyjne – kolorowe i zabałaganione mieszkanie. Lubie je, bo jest takie jak ja. Niczego nie musi udawać.

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi wpisami? Polub mój profil na facebooku :)

UWAGA!

W związku z przeprowadzką na własną domenę (nareszcie! ;)porzadkoodporna.pl musiałam tutaj wyłączyć możliwość komentowania. Jeżeli chcesz skomentować ten wpis

KLIKNIJ TUTAJ

a zostaniesz automatycznie przeniesiona do tego samego wpisu w domenie porzadkoodporna.pl z możliwością komentowania.

Ślicznie przepraszam za niedogodności :)

10 comments on “Pokaż mi swój bałagan, a powiem Ci kim chcesz być!

  1. Wpadłam tu przypadkowo i zaczęłam czytać. I z każdą chwilą czułam się lepiej i coraz bardziej przepełniała mnie akceptacja dla moich niedoskonałości. Aż w pewnym momencie (bardzo nieprzyjemnym momencie, niestety) zdałam sobie sprawę, że moje mieszkanie z bałaganem nie ma wiele wspólnego. Moje mieszkanie jest po prostu brudne. Uff, nareszcie to powiedziałam (napisałam). Brudne, po prostu brudne i już. Jestem sama. Od prawie 3 lat. Kiedyś też nie byłam Perfekcyjną Panią Domu, zwłaszcza , gdy moje dziecko było małe, ale jakoś dawałam radę. Ale teraz wszystko mi leci z rąk. Mało czasu spędzam w domu, w zasadzie wracam na noc, w weekendy chodzę po sklepach. Okropnie mieszka się w takim syfie, koszmarnie się do niego wraca. Próbuję się zebrać, potem tylko potykam się o odkurzacz, który całymi dniami stoi na środku pokoju. No to kim chcę być? Może czekam, aż jakiś pająk – mutant ukąsi mnie w nocy i wstanę jako Super Spiderwoman.

    1. Napisałam „Pokaż mi swój bałagan…”, bo jak na razie niestety umiem wróżyć tylko z bałaganu. Z brudu jeszcze nie, więc sama musisz pomysleć kim chcesz być ;) Z drugiej strony jest taka teoria, że ludzie nie spędzają czasu w domach, bo domy nie zachęcają, żeby w nich spędzać czas. Więc może masz brudno bo chcesz być zapracowaną, zabieganą, aktywną kobietą, która realizuje się zawodowo i towarzysko i nie ma czasu na sprzątanie :)

      Nie martw się. Też mam brudno. Dlatego ciągle podpowiadam Wam (tu i na facebooku) jak można „iść na łatwiznę”, żeby było trochę czyściej. Zmywarka, pralka, odkurzacz – robot, mokre chusteczki zamiast ciągłego płukania ścierki, odmakanie zamiast szorowania i jakoś powoli leci… Ostatnio weszłam na „wyższy poziom” wtajemniczenia, bo zaczęłam rozładowywać irytację i zdenerwowanie za pomocą sprzątania. A to sobie podłogę umyję, a to kurz zetrę i przestaję się skupiać na problemach. Więc może to jest metoda? Po ciężkim dniu w pracy posprzątać sobie trochę ze złości na szefa albo upierdliwych klientów?

      Jakbyś miała jakieś konkretne problemy – służę wsparciem i poradą ;)

      1. Hmmm… Jest w tym jakiś sens. Nawet głębszy sens… Im dłużej się zastanawiam tym więcej sensu znajduję. Podzielić to, co nielubiane na drobne, nie przytłaczające kawałki…

  2. Ogólnie to pewnie prawda, ale raczej jako tzw. drugi rodzaj prawdy: tyż prawda…
    80% mojego bałaganu stanowią rzeczy, których w tym momencie NIE MOGĘ wywalić (faktury firmowe – min 5 lat trzeba trzymać; deklaracje ZUS – do końca świata; makulatura, która młody zbiera w szkole na szczytny cel – do dnia zbiórki, a tylko raz w miesiącu zbierają; nakrętki – jak poprzednio; różne przybory plastyczne, druty, listewki, włóczki, tusze, ścinki – cyklicznie potrzebne do szkoły; słoiki – do następnego sezonu przetwórczego – jak wywalę, to będę musiała znowu kupić!; akcesoria narciarskie i łyżwy – raz w roku używane, a trzymać gdzieś trzeba… I tak mogłabym bardzo długo, a nie mam piwnicy, ani strychu. Gdzieś to trzeba trzymać. Generalnie mam cały system pojemników i skrytek porobionych przez stolarza pod półkami, za łóżkiem itd, ale czasem coś muszę szybko znaleźć i wtedy trzeba wypruć pół schowanej zawartości, żeby dojść do potrzebnej rzeczy. Właśnie w tej chwili mam pół pokoju zawalone segregatorami, bo musiałam dojść do papierów z 2007 roku (ZUS, pozdrawiam ozięble). Oczywiście zbiorę się w sobie i po powrocie z pracy poukładam równo z powrotem, pozamykam wszystkie skrytki i ułożę na nich na nowo książki. Po czym w poniedziałek wieczorem dziecię mi oznajmi, że znowu potrzebny jest kordonek i widokówki. I znowu będę pruć…

    1. Rozumiem Cię – też mam dużo bałaganu, który musi zostać, więc znam ten ból. Działalności już kilka lat nie prowadzę, ale papiery też muszę trzymać. Dziecko w podstawówce również posiadam, więc pół mieszkania wygląda jak „craft room”. Jeżeli u Ciebie to stanowi 80% bałaganu, to wydaje mi się, że nie masz w domu jakiegoś strasznego dramatu ;) Tzn., może masz jakiś bieżący „codzienny” nieład wynikający z wydobywania czegoś „na szybko” albo z normalnego życia – tak jak to opisałaś – jednak to nie jest ten STRASZLIWY bałagan, „ku czci” którego piszę bloga. Jeżeli jeszcze nie miałaś okazji przeczytać, to polecam wpis „Zdiagnozuj swój problem z bałaganem” – tam wyjaśniam, jak w moim subiektywnym odczuciu wygląda ten naprawdę trudny bałagan, a może raczej syf i chaos. U mnie i u części dziewczyn, które odwiedzają bloga to nie są bieżące bałagany, tylko bywa prawdziwy dramat. A dramaty zazwyczaj zaczynają się w naszych głowach i w zasadzie o tym jest ta notka.

      Zgadzam się z Tobą w zupełności, że to co opisujesz jest niesamowitym problemem, szczególnie kiedy już się wyjdzie z dramatu na względny ład :) Jeszcze nie udało mi się wymyślić na to idealnego i „Perfekcyjnego” rozwiązania – szczególnie w wypadku braku piwnic, strychów i garaży. Jest natomiast kilka rozwiązań w drodze kompromisu – albo ładnie i trochę niewygodnie (tak rozumiem Twoje skrytki pod półkami, gdzie trzeba zdjąć rzeczy z półki, żeby się do nich dostać) albo wygodnie ale niezbyt ładnie. Wersję ładną masz, to sobie odpuszczę proponowanie tworzenia tajnych zakamarków ;) Co do wersji wygodnej natomiast u mnie się rewelacyjnie sprawdzają:
      - na wszystkie artystyczne i kreatywne rzeczy – plastikowa komoda na kółkach z dużymi szufladami. Można ją wstawić pod biurko, pod parapet, pod stół albo zwyczajnie postawić pod ścianą.
      - na wszystkie sezonówki (łyżwy, kurtki zimowe, dmuchańce basenowe) – skrzynia łóżka, najwyższa półka w szafie wnękowej i pudła na niższych szafkach.
      - na „dziwny bałagan” – makulatura, nakrętki, narzędzia, akcesoria remontowe itp. – metalowy regał magazynowy, który stoi w przedpokoju i udaje, że jest piwnicą ;)

      Co do słoików – jakbym miała pewnie też trzymałabym na tym regale magazynowym, ale akurat u mnie to był jeden z tych bałaganów, o których pisałam w notce – trzymałam te słoiki i trzymałam a nigdy nie miałam czasu ani ochoty na robienie przetworów, wiec pogodziłam się z faktem, że najprawdopodobniej nigdy w życiu nie będę ich robić. A w razie skrajnej potrzeby pozbieram sobie po rodzinie i znajomych, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto kupuje dżemy, majonezy, oliwki, koncentraty, sosy itp. więc w ciągu tygodnia – dwóch można uzbierać sporą kolekcję ;) Jeżeli faktycznie regularnie robisz przetwory, to słoiki u Ciebie to nie bałagan, tylko normalne akcesoria kuchenne – jak np. waza na zupę, czy opiekacz – Też zapewne nie używasz ich codziennie a nie myślisz o nich jako o bałaganie. Ogólnie słoiki to ciekawy temat ;) Bo jak są puste to traktujemy je jako „przeszkadzajki” i nie możemy znaleźć dla nich odpowiedniego miejsca, ale jak są pełne to już nie stanowią takiego problemu. Jeszcze jest taka opcja, żeby wyznaczyć dla nich miejsce „na zawsze” i puste trzymać razem z pełnymi na zasadzie – pełne z prawej puste z lewej.

      Dobra. Kończę bo wyszło mi wypracowanie na temat słoików, a Ty pewnie nawet nie oczekiwałaś porad ;) Tak, czy tak, jakbyś miała jakieś konkretne „tematy” bałaganowe, z którymi nie będziesz mogła sobie poradzić, to pisz. Każdy dom jest inny, więc nie wiem, czy będę umiała znaleźć idealne rozwiązanie, ale przynajmniej napiszę Ci jak ja to rozwiązuje – zawsze to jakiś dodatkowy pomysł do przetestowania ;)

      1. O widzisz, to z komodą pod biurko jest dobre. Dzieciaki mają takie na swoje szkolne manele. Może by weszła jeszcze jedna na plastyczne.
        Sezonówki oczywiście śpią w łóżku i za każdym razem muszę wszystko wywalić, żeby się dostać do nich (łóżko nie otwiera się na tyle wysoko, żeby dojść do końca skrzyni). I za każdym razem sobie obiecuję, że wkładając szpej letni (namiot, śpiwory, plecaki, baseny, dmuchańce) wyjmę najpierw zimowy, aby był pod ręką w sezonie. I odwrotnie takoż. I guzik z pętelką, zawsze upycham kolanem od brzegu, bo dopiero pozbierane wyprane po wyprawie, a tu goście już u bram.
        Słoiki – nie ma opcji pozbierania, bo ja np. samych pomidorów przerabiam 40 kg, a gdzie reszta? W sezonie codziennie zagotowuję duży kocioł przetworów (wchodzi 11 słoików 1 l). A tu piwnicy brak, spiżarni brak, przedpokoju też, bo wchodzi się u mnie wprost do salonu (taka fanaberia, bo nienawidzimy ciasnych przejść i wejść). Dobrze, że kuchnia pojemna – ale nie ma zmiłuj, ciągle coś na półkach stoi.
        Nie mam problemy z bałaganem totalnym i zastarzałym, ale mam problem z co chwilę powstającym. Cokolwiek robię, tworzę wokół siebie bałagan. Po czym posprzątam i przez chwilkę jest dobrze – ale przecież nie będę siedzieć i podziwiać, jaki mam porządek! Biorę się więc za coś innego – i znowu mam bałagan. Szlag! Da się to jakoś opanować?

        1. To u mnie przynajmniej jedna zaleta lenistwa, że jak „goście u bram” to nie upycham na szybko, tylko wstawiam luzem do sypialni, sypialnię zamykam, żeby gościom bałaganu nie pokazywać i dopiero jak gości nie ma a ja mam więcej czasu i „moc” to zajmuję się przekładaniem sezonówek. Co prawda te wyprane i pozbierane przewalają się przez kilka dni (czasem tygodni) ale przynajmniej nie muszę ich przekładać przy wyciąganiu innego sezonu. Tak, wiem, że przewalanie po mieszkaniu to nie jest rozwiązanie problemu ;) Zobacz, czy masz może coś, co używasz jeszcze rzadziej niż sezonówki a niechcący może jest w wygodniejszym miejscu. Czasem wystarczy coś zamienić miejscami, żeby było trochę łatwiej. Albo może zamień jakiś niski mebel na wyższy, albo dorób dodatkową wiszącą szafkę? Kiedyś nad drzwiami montowało się „pawlacze” ;)

          Codzienny bałagan da się opanować, ale są warunki:
          1. Każda rzecz musi mieć swoje miejsce, żebyś przy sprzątaniu nie zastanawiała się, gdzie coś odłożyć.
          2. Miejsce powinno być łatwo dostępne, żeby Ci się chciało odłożyć rzeczy na miejsce.
          3. Raz dziennie przechodzisz całe mieszkanie i odkładasz wszystko na miejsca.

          Jeżeli zrobisz punkt 1 i 2 to 3 wychodzi odruchowo ;) Większość z nas (w tym również ja) ma największy problem z punktem 2 ;) Dlatego tak ważne jest, żeby przejść na lekki minimalizm i pozbyć się z domu nieużywanych rzeczy, które tylko zajmują miejsce i utrudniają sprzątanie. No i oczywiście zależy też jaką masz definicję porządku. Jeżeli oczekujesz, że na stałe będzie jak u Perfekcyjnej Pani Domu, to obawiam się, że bez pani sprzątającej przychodzącej na dwie godzinki dziennie nie da rady ;) Jeżeli oczekujesz, że będzie gdzie usiąść, gdzie kawę postawić i nie będziesz się przyklejać do podłogi, a wokół będzie znośnie to da się to bez problemu osiągnąć.

          1. Zazdroszczę zdyscyplinowanych gości i/lub większego domu :) U mnie nie ma miejsc świętych, a dzieciaki bawiące się w chowanego wejdą dosłownie WSZĘDZIE.
            Problem mam oczywiście z punktem 2 i cały czas kombinuję, bo nie lubię braku rozwiązań. Definicję porządku na swój własny użytek mam taką, że nic się nie klei i nie jest widocznie brudne, a wokół leży tak mało rzeczy, jak to tylko możliwe. Przy czym w moich warunkach 2 pierwsze są do opanowania (tzn. nieraz dzieciaki, zwłaszcza te młodsze wizytujące coś wyleją i okleją, no ale jest to stan przejściowy), ale leży nadal sporo, a wszystko w aktualnym użyciu ;)
            I nie ma takiej opcji, żeby mi ktoś obcy w domy sprzątał – przy naszym skomplikowanym systemie upychania gratów nic bym nie znalazła po takiej interwencji.
            Generalnie z naszej konwersacji wynika, że po prostu muszę się przyzwyczaić :D

          2. Przyzwyczaić się albo przeczekać ;) Dzieciaki podrosną to mniej rzeczy będą rozprzestrzeniać po domu. No i w końcu kiedyś się wyprowadzą, to może jakiś pokój dodatkowy się zwolni ;)

            A co do gości, to moi chyba nie są zdyscyplinowani, a bardziej leniwi (ciągnie swój do swego) i jak już zasiądą na kanapie to im się nie chce wstać i szwendać. Tylko, że ja nie miewam gości z dziećmi – może stąd ten komfort ;)

Komentowanie wyłączone